Miracle actually

// // Leave a Comment


Mam soundtrack i filmografie swojego życia. 
Określone utwory ściśle kojarzą się z rozmaitymi przeżyciami. Pamiętam piosenki przy których tańczyłam, tak jakby nikt nigdy nie patrzył, a mój taniec widział cały klub. Piosenki, których słuchałam w każde kolejne wakacje, pamiętam nawet te, które słyszałam jako dziecko. Każda moja "potencjalna miłość na całe życie" ma swój kawałek. 

Podobnie jest z filmami. Niektóre wciąż oglądam choć znam na pamiętać, tylkteo po to żeby wprawić się w określony nastrój. Mam swoją playlistę pozycji do obejrzenia, która wciąż się powiększa, bo często zamiast mainstremowych nowości dodatkowo szukam swoich klasyków z tych, które już wszyscy przestali oglądać.

Nie inaczej było z filmem "Love actually". 
Pamiętam, że w całości obejrzałam go kilka lat po premierze w okresie świątecznym, tylko dlatego, że akurat coś gotowałam w kuchni. Zamiast kroić sałatkę na święta, oglądałam go z zapartym tchem. Na samym końcu się rozpłakałam ze wzruszenia, na czym przyłapała mnie Mama, która wróciła do domu z zakupami. 
Zapytała się dlaczego płaczę i zrozumiała, że niepokrojona sałatka jest zdecydowanie mniej ważna od nierealnej grudniowej historii. Od tego czasu mojej ulubionej grudniowej historii. Pełnej banałów i małych cudów, pokazujących, że wszystko jest możliwe. Zwłaszcza w grudniu. 

Dziś kilka lat później przystrajam dom na Święta, nie mogąc się zdecydować w jakim kolorze mają być dekoracje... Nie umiem podjąć decyzji - jedna choinka to za mało, wiec mam dwie. Kupuję zdecydowanie za dużo pomarańczy, ale zapominam o piernikach. Mam za to pyszną zimową herbatę i zapachowe świeczki. I nie pokrojoną sałatkę. W tle leci "Love actually", śpiewam, że wszystkim czego chce na święta jest obecność tych którzy już odeszli. Choć wiem, że nie przyjdą, zawsze są ze mną, tylko dlatego, że w to wierzę.

I tego Wam życzę.
Życzę Wam wiary, w to że cuda się zdarzają, każdego kolejnego dnia. 
Cudownym Świąt! 

0 komentarze:

Prześlij komentarz