Scenariusz od moich sąsiadów

// // Leave a Comment




W dniu, w którym moim życiem przestały rządzić cyfry -  kiedy wyłączyłam na dwadzieścia osiem dni budzik ustawiony na szóstą, przestałam spędzać osiem godzin dziennie na pracy z milionem cyferek - ograniczyłam się do czterech ścian, dwóch kul i jednej nogi w gipsie. 
  
Spędzając sto procent czasu w domu, zaczęłam żyć według scenariusza od moich sąsiadów. 

Musiałam wybaczyć nowemu lokatorowi z pięta wyżej okazjonalne wiercenie od 8:30 do 8:40. Chociaż jego przygoda z wiertarką to nic w obliczu prawdziwej akcji w których główną rolę grają Panowie budujący nowe mieszkania naprzeciwko i młot pneumatyczny. Po kilku godzinach, poza poznaniem ich imion, nauczyłam się również nowych słów w języku polskim, których nie będę tutaj cytować.
  
Poznałam nocne głośne zwyczaje licealistów zaa ściany i stukot obcasów sąsiadki z góry, piesek mieszkający piętro niżej szczeka na każdego przechodnia wyglądając z okna na parterze, a kiedy akurat nikt nie ma na chodniku, po trawniku biega kocur, na którego też warto poszczekać.

Sąsiad z naprzeciwka postanowił w sezonie letnim zamieszkać na balkonie, który znajduję się na wysokości okien mojej kuchni  i mam wrażenie, że wie już jaką herbatę piję. Żałuje tylko, że Pan ćwiczący za saksofonie z klatki obok niedawno się wyprowadził, wolałabym słuchać jego niż koncertów w wydaniu płaczących dzieci.   

I chociaż sąsiad od wiertarki to przystojniak, panowie z budowy są mili, sama potrafię wracać  z imprez w obcasach nad razem, kocham psy i także lubię swój balkon... - odliczam godziny do momentu, w którym budzik ponownie zadzwoni o szóstej.

0 komentarze:

Prześlij komentarz