Uwielbiam perfumy. 

Zapachem, od którego wszystko się zaczęło jest kompozycja Marca Jacobsa Daisy Eau So Fresh. Świeży i słodki. Mocno kwiatowy i orzeźwiający. Zamknięty w ultra uroczym, dziewczęcym flakonie. 

Zawsze wyobrażałam sobie, że będę mieć swój signature scent, jeden zapach, z którym będę się utożsamiać. Tym zapachem miała być Daisy - krótko po tym, kiedy kwiecisty flakon zaczął zdobić moją toaletkę, zauroczyłam się. 

Chodziłam na wieczorne randki,  a zapach Daisy razem ze mną i zostawał do rana. Zrywałam stokrotki i wyliczałam z każdym kolejnym płatkiem: kocha, czy nie kocha? Nie kochał. Uczucie szybko minęło i już nie chciałam być słodka. Znalazłam nowy "mój" zapach.

Uwielbienie do perfum to jedna z najbardziej kosztownych decyzji, którą podjęłam w życiu.  Potem podjęłam ich jeszcze kilka i kilka flakonów perfum później znowu mam ochotę się zauroczyć... i ponownie sięgam po Daisy.






Miałam kiedyś do wykonania na studiach prezentacje o marce, która odniosła międzynarodowy sukces.  I tak w towarzystwie Mercedesa, Rolexa, Coca - Coli, Johnego Walkera i  Adidasa pojawił się Inglot.
Kiedy zaczęłam mówić, nikt w mojej grupie nie wiedział, że firma stworzyła innowacyjne oddychające lakiery, które są halal, a modelki na New York Fashion Week chodzą w makijażu wykonanym przez wizażystów Inglot. Niektórzy ode mnie dowiedzieli się, że wyspy z kosmetykami, które wiedzieli w galeriach należą do polskiej firmy. Dostałam wysoką ocenę i zaciekawione pytanie prowadzącej zajęcia, czy pracuję w Inglocie, bo cała prezentacja była profesjonalnie przygotowana. 

Nie pracowałam, nadal nie pracuję, ale właśnie w tamtym momencie doszło do mnie, że kiedy mówisz o czymś, co lubisz wszystko staje się prostsze i szczere. 

Kosmetyki Inglot są nie tylko dla modelek, ale także dla gimnazjalistki, która podbiera mamie kosmetyki. Zauroczona rozświetlaczem w różnokolorowe paski dorasta i w liceum pokocha zielony cień od powiek, który będzie stosować jako eyeliner.  Potem na studiach odkryje czarny eyeliner w pędzelku i po przestesowaniu dziesiątek innych podobnych produktów konkurencji zawsze do niego wraca. Jeszcze nie umie perfekcyjnie stosować sypkich pigmentów, ale dzięki pomadzie do brwi, jej brwi wyglądają perfekcyjnie.  Śledzi nowości marki i kiedy zobaczyła na Instagramie nową eco paletę próbowała ją kupić. Trzy razy, bo za każdym razem już jej nie było.  I będzie zachwycona jej lekkością, wykonaniem i funkcjonalnością. 

Ta  dziewczyna to ja. 


Nigdy sama nie przygotowywałam krewetek. 
Nie jestem także, wielką fanką gotowania. Oczywiście potrafię, ale trudno nazwać tradycyjną polską kuchnię mianem wymyślnych dań. Choć, jedna z moich koleżanek, rówieśniczek, dostając kurczaka nie wiedziała co z nim zrobić. Niedomyślenia, domowy rosół jest taki super. 

Krewetki też są super. Przynajmniej te, które zapamiętałam z hiszpańskiej paelli mojej przyjaciółki. Na to danie nawet się nie porywam, ale krewetki w czosnku? To nie może być takie trudne. Niestety nadal tego nie wiem, w żadnej w trzech kucharskich książek, które posiadam nie było przepisu na jakiekolwiek danie z krewetek. Znalazłam za to, na drink Cosmopolitan. 

Kolacji tego dnia nie było.
Zamiast krewetek kupiłam nowe kieliszki, ale nadal byłam głodna.  

Nie zawsze dostaję, od życia to, czego chcę. Kiedyś dręczyłaby mnie myśl, dlaczego to spotyka właśnie mnie? Teraz wiem, że głupotą byłoby nie wykorzystywać niespodziewanych szans. 
Wiem też jaki drink będzie serwowany po moim urodzinowym obiedzie, a rosół nadal jest super.
Nie zawsze dostaję, od życia to, czego chcę,  zawsze to czego potrzebuję.



Musicie wiedzieć, że uwielbiam perfumy. Mój ulubiony zapach zmienia się z każdy kolejnym flakonem, i chociaż te które posiadam w zupełności mi wystarczają, spokojnie mogłabym mieć w swojej kolekcji jeszcze co najmniej kilkanaście flakonów więcej. Uwielbienie do perfum to zdecydowanie jedna z moich najdroższych guilty pleasure. 

O perfumetkach Neness dowiedziałam się od koleżanki. Zachwalała, że są super, że szkoda płacić tyle kasy za oryginały, wręcz to wyśmiewała. Jest tyle ciekawszych rzeczy, na które można wydać pieniądze: np. fajki. Bo koleżanka pali, co miesiąc puszcza z dymem równowartość jednego flakonu markowych perfum. 

A ja jestem najgorszym tym konsumenta, który daje się złapać na każdą promocję i potrafi się wzruszyć na reklamie biżuterii, dlatego też kiedy trafiłam na promocję w perfumerii Neness postanowiłam sprawdzić o co tyle szumu. Może faktycznie przepłacam i mogłabym za zaoszczędzone pieniądze, no nie wiem,  zacząć palić?  
Zamówiłam, przetestowałam i nie. Dwa razy nie.
Zapach jest faktycznie inspirowany, wyczuwalny jedynie przez pierwsze kilka minut, potem już tylko alkohol. Zero trwałości i oszczędności. 

Można używać podróbek perfum, tańszych autorskich zapachów lub tych selektywnych. 
Sama byłam fanką perfum Beyonce. Kiedyś były one dla mnie absurdalnie drogie i musiałam na nie oszczędzać. Rzecz w tym, że nikogo nie przekonywałam, że pachnę tak jakby luksusowo, osoby używające podróbek też nie powinny tego robić. 


Gdzieś pośrodku słabej lub przesadnej wiary w wróżenie z kart, z gwiazd, z ręki, z absurdalnie wysokich sum płaconych wróżkom  - w zeszłym roku miałam swój rytuał sprawdzania tygodniowego horoskopu w jednym miejscu. Nie zawsze o nim pamiętałam, ale zawsze po przeczytaniu tych kilku zdań uśmiechałam się pod nosem. I chociaż daleko mi do prób dodzwonienia do słynnego wróżbity, tylko po to aby dowiedzieć się, że "runy bardzo wyraźnie pokazują....." - że będzie dobrze. W horoskopach nie ma innej opcji. 

Nie ma znaczenia, czy układa je prawdziwa wróżka, pasjonat astrologii, czy dziennikarz stażysta. Najmniej pozytywnym zdaniem w swoim horoskopie, które przeczytałam w ostatnim roku było to, aby zadbała o zdrowie, ale za to pieniędzy miało mi nie brakować. W zeszłym roku przydarzyła mi się pierwsza w życiu poważna kontuzja i dostałam duży awans.

Wyobraźcie sobie, że właśnie rozentuzjazmowana krzyczę: "Totalnie się sprawdziło! Przepowiednie działają! Powinnam pójść do wróżki. Koleżanki były, wychodziły w płaczem, poznały miłość swojego życia, było warto, powinnam pójść!"- Tylko tak naprawdę to nie, wcale tak nie myślę. 

Nasza przyszłość nie jest zapisana w gwiazdach, ale w naszych rękach.
Gdybyśmy tylko wierzyli w horoskopy, może bardziej wierzylibyśmy w siebie? Przecież cokolwiek by się nie działo, będzie dobrze. Nie ma innej opcji. 

"Black Mirror" to serial po którego obejrzeniu za każdym razem mam ochotę zerwać umowę z dostawą internetu. Albo przynajmniej wylogować się z facebooka i wyłączyć wszystkie urządzenia elektroniczne. 

Da się. Na weekend, święta, urlop. Na dłuższą metę jesteśmy niewolnikami technologii. Rozmawiamy na komunikatorach, zamiast twarzą w twarz, łatwiej jest wystukać "cześć" na klawiaturze telefonu niż wyjść z domu i zapukać do drzwi znajomych. Ale po co pukać, skoro ludzie i tak sami pokazują Ci swoje życie? Świąteczne zdjęcia za stołem, przy choince na publicznych ustawieniach profilu. Zobacz, jak mieszkamy, gdzie mieszkamy... Zresztą jeśli masz w swoim telefonie włączone usługi lokalizacji, cały cyfrowy świat wie, gdzie jesteś. 

A jesteś tylko linijką kodu. Twoje nawyki. preferencje, reakcje, emocje, obawy, lęki i zainteresowania. Wszystko to da się przekształcić, wszystko to to cyfrowa wersja Ciebie, która wraz ze wzrostem technologii ma coraz więcej możliwości. 

O tym właśnie jest "Black Mirror", o nieskończonych możliwościach technologicznych. O ludziach, którzy je wykorzystują do własnych, do wyższych celów, nie zawsze szlachetnych, zawsze zaskakujących. O ludziach, którzy technologii ulegają, o ludziach, takich jak my, żyjących w naszym świecie. Bo przyszłość dzieje się teraz, technologia rozwija się teraz - jak ją wykorzystujesz? Co zobaczysz przeglądając się w czarnym lustrze?


Mam soundtrack i filmografie swojego życia. 
Określone utwory ściśle kojarzą się z rozmaitymi przeżyciami. Pamiętam piosenki przy których tańczyłam, tak jakby nikt nigdy nie patrzył, a mój taniec widział cały klub. Piosenki, których słuchałam w każde kolejne wakacje, pamiętam nawet te, które słyszałam jako dziecko. Każda moja "potencjalna miłość na całe życie" ma swój kawałek. 

Podobnie jest z filmami. Niektóre wciąż oglądam choć znam na pamiętać, tylkteo po to żeby wprawić się w określony nastrój. Mam swoją playlistę pozycji do obejrzenia, która wciąż się powiększa, bo często zamiast mainstremowych nowości dodatkowo szukam swoich klasyków z tych, które już wszyscy przestali oglądać.

Nie inaczej było z filmem "Love actually". 
Pamiętam, że w całości obejrzałam go kilka lat po premierze w okresie świątecznym, tylko dlatego, że akurat coś gotowałam w kuchni. Zamiast kroić sałatkę na święta, oglądałam go z zapartym tchem. Na samym końcu się rozpłakałam ze wzruszenia, na czym przyłapała mnie Mama, która wróciła do domu z zakupami. 
Zapytała się dlaczego płaczę i zrozumiała, że niepokrojona sałatka jest zdecydowanie mniej ważna od nierealnej grudniowej historii. Od tego czasu mojej ulubionej grudniowej historii. Pełnej banałów i małych cudów, pokazujących, że wszystko jest możliwe. Zwłaszcza w grudniu. 

Dziś kilka lat później przystrajam dom na Święta, nie mogąc się zdecydować w jakim kolorze mają być dekoracje... Nie umiem podjąć decyzji - jedna choinka to za mało, wiec mam dwie. Kupuję zdecydowanie za dużo pomarańczy, ale zapominam o piernikach. Mam za to pyszną zimową herbatę i zapachowe świeczki. I nie pokrojoną sałatkę. W tle leci "Love actually", śpiewam, że wszystkim czego chce na święta jest obecność tych którzy już odeszli. Choć wiem, że nie przyjdą, zawsze są ze mną, tylko dlatego, że w to wierzę.

I tego Wam życzę.
Życzę Wam wiary, w to że cuda się zdarzają, każdego kolejnego dnia. 
Cudownym Świąt!