Kilka miesięcy temu odebrałam telefon, wcześniej wiadomość na messengerze i kilka lajków pod zdjęciami na Facebooku.
I ten dzwoniący telefon, numer który ostatnio wyświetlił się na ekranie jakieś pół roku wcześniej.  Dzwoniła moja koleżanka, żeby podnieść alarm, że wali jej się świat. Z jakiegoś powodu uznała, że jestem idealną osobą której może się zwierzyć, która może jej doradzić i pomóc.

Pisząc "jakiegoś" mam na myśli kilka lat przyjaźni, milion wspólnych wspomnień i przegadanych godzin. Ale to było kiedyś, potem każda poszła w swoją stronę, czasem gdzieś po drodze się spotkałyśmy, na tyle rzadko, że  nie wie jaka jest teraz moja ulubiona piosenka, na tyle często, że nie zignorowałam tego telefonu. Mogłam, ale w końcu wali się świat.

Kilka przegadanych godzin później, jak za starych dobrych czasów, znalazłyśmy rozwiązanie, które....Nie mam zielonego pojęcia, czy pomogło.

Następny alarm, który usłyszę będzie tym w mojej głowie.
Dźwięku ostrzegającego przed jednostronnymi znajomościami nie da się zignorować.
Dźwięk dzwoniącego telefonu tak.

Tak patrzę na okładkę Vivy z blogerkami, jeszcze zanim zajrzałam do środka, naszła mnie myśl, że wszystkie dziewczyny mają zakręcone, pofalowane włosy. Piękne są ich fryzury.

I przypominam sobie siebie z liceum. Laskę, które codziennie spędzała pół godziny z prostownicą, żeby jej włosy były idealnie proste. Wszystkie koleżanki takie miały w szkole, to było takie mega modne, a ja? Ja nie mogłam być gorsza. To trwało jakiś miesiąc, może dwa. Do czasu kiedy któregoś dnia po prostu mi się nie chciało. W takiej wersji naturalnej, zakręconej wersji zobaczył mnie On, najprzystojniejszy chłopak w szkole.

Tylko jedno spojrzenie. 

Tyle wystarczyło i już codziennie mi się nie chciało prostować włosów i udawać kogoś kim nie jestem.                                           





Niedawno miałam urodziny. Jeszcze nie trzydzieste, już prawie trzydzieste.
Wśród moich ulubionych życzeń pojawiły się te zawierające spełnienie marzeń, sukcesy, fortunę. I te miej ulubione: „i znajdź sobie kogoś”. Rok wstecz jeszcze doprecyzowano, żeby był mądry, przystojny - w tym roku ma być. Nie On ma się pojawić, ja mam go znaleźć, a to ostatnia z aktywności na której w tym momencie się skupiam – przecież nadal nie znalazłam idealnego tuszu do rzęs.

To nie tak, że wymyśliłam sobie bycie niezależną singielką, wciąż podnoszącą ręce w rytm hitu Beyonce. Jeszcze pół roku temu byłam zdecydowana zmienić taneczne ruchy. Na całe szczęście zanim podzieliłam się tymi przemyśleniami z najbliższym otoczeniem i z nim, zanim opracowałam nową choreografię, coś zrozumiałam.


Miłość musi być czymś więcej niż motylami w brzuchu. Trzepot skrzydeł to za mało, chcę czuć w sercu całe safari, nawet jeśli to daleka podróż na inny kontynent. Życzcie mi miłej podróży. 

Mam wrażenie, że przed chwilą słyszałam huk otwieranego szampana i niebo rozświetliło się od blasku fajerwerk. W jednej dłoni trzymam sztuczne ognie, w drugiej kieliszek, nucę coś o uczuciu w górach, a w głowie mam tysiąc myśli i planów na nadchodzące dni.  

Jakby to było wczoraj 

Myśli, które warto spisać, w formie postanowień noworocznych. W przepięknym kalendarzu w żółtym energetycznym kolorze. Gdzieś przeczytałam, że zapisanie celów sprzyja ich realizacji, a samo pisanie jest tym, co totalnie uwielbiam, w przeciwieństwie do cyferek i tabelek, chociaż rządzą moim życiem - nie tylko zawodowym. Prywatnie jestem fanką prowadzenia budżetu domowego i planowania wydatków. Cały czas szukam idealnej kanapy do salonu, chociaż moim głównym celem jest wstanie z niej i ruszenie na trening. 

Cztery tygodnie później

Nie kupiłam kanapy, kupiłam samochód. Wszystko wpisane w budżet, który trochę mi się rozjechał, ale niczego nie żałuję. Może tylko tego, że zamiast ruszyć na siłownię, częściej przesiadywałam przed komputerem. Dzięki temu ukończyłam fajny kurs online, ale chociaż tak bardzo uwielbiam pisać, wciąż brakowało mi na to czasu. Żyjąc ze świadomością, że zarówno Ja, jak i Beyonce mamy tyle samo czasu w ciągu dnia, myślę, że całkiem nieźle mi poszło, pomijając całe to planowanie. Zapominałam  zapisywać, co muszę zrobić - po prostu to robiłam. 

Nie zrealizowałam swoich postanowień noworocznych - zrobiłam niż początkowo zakładałam.
Nowy rok to tylko nowa data, która przecież zmienia się każdego dnia.
Każdy dzień to nowy początek, czysta kartka w przepięknym kalendarzu w energetycznym żółtym kolorze. 

perfumy kwiatowe


Uwielbiam perfumy. 

Zapachem, od którego wszystko się zaczęło jest kompozycja Marca Jacobsa Daisy Eau So Fresh. Świeży i słodki. Mocno kwiatowy i orzeźwiający. Zamknięty w ultra uroczym, dziewczęcym flakonie. 

Zawsze wyobrażałam sobie, że będę mieć swój signature scent, jeden zapach, z którym będę się utożsamiać. Tym zapachem miała być Daisy - krótko po tym, kiedy kwiecisty flakon zaczął zdobić moją toaletkę, zauroczyłam się. 

Chodziłam na wieczorne randki,  a zapach Daisy razem ze mną i zostawał do rana. Zrywałam stokrotki i wyliczałam z każdym kolejnym płatkiem: kocha, czy nie kocha? Nie kochał. Uczucie szybko minęło i już nie chciałam być słodka. Znalazłam nowy "mój" zapach.

Uwielbienie do perfum to jedna z najbardziej kosztownych decyzji, którą podjęłam w życiu.  Potem podjęłam ich jeszcze kilka i kilka flakonów perfum później znowu mam ochotę się zauroczyć... i ponownie sięgam po Daisy.






Miałam kiedyś do wykonania na studiach prezentacje o marce, która odniosła międzynarodowy sukces.  I tak w towarzystwie Mercedesa, Rolexa, Coca - Coli, Johnego Walkera i  Adidasa pojawił się Inglot.
Kiedy zaczęłam mówić, nikt w mojej grupie nie wiedział, że firma stworzyła innowacyjne oddychające lakiery, które są halal, a modelki na New York Fashion Week chodzą w makijażu wykonanym przez wizażystów Inglot. Niektórzy ode mnie dowiedzieli się, że wyspy z kosmetykami, które wiedzieli w galeriach należą do polskiej firmy. Dostałam wysoką ocenę i zaciekawione pytanie prowadzącej zajęcia, czy pracuję w Inglocie, bo cała prezentacja była profesjonalnie przygotowana. 

Nie pracowałam, nadal nie pracuję, ale właśnie w tamtym momencie doszło do mnie, że kiedy mówisz o czymś, co lubisz wszystko staje się prostsze i szczere. 

Kosmetyki Inglot są nie tylko dla modelek, ale także dla gimnazjalistki, która podbiera mamie kosmetyki. Zauroczona rozświetlaczem w różnokolorowe paski dorasta i w liceum pokocha zielony cień od powiek, który będzie stosować jako eyeliner.  Potem na studiach odkryje czarny eyeliner w pędzelku i po przestesowaniu dziesiątek innych podobnych produktów konkurencji zawsze do niego wraca. Jeszcze nie umie perfekcyjnie stosować sypkich pigmentów, ale dzięki pomadzie do brwi, jej brwi wyglądają perfekcyjnie.  Śledzi nowości marki i kiedy zobaczyła na Instagramie nową eco paletę próbowała ją kupić. Trzy razy, bo za każdym razem już jej nie było.  I będzie zachwycona jej lekkością, wykonaniem i funkcjonalnością. 

Ta  dziewczyna to ja. 


Nigdy sama nie przygotowywałam krewetek. 
Nie jestem także, wielką fanką gotowania. Oczywiście potrafię, ale trudno nazwać tradycyjną polską kuchnię mianem wymyślnych dań. Choć, jedna z moich koleżanek, rówieśniczek, dostając kurczaka nie wiedziała co z nim zrobić. Niedomyślenia, domowy rosół jest taki super. 

Krewetki też są super. Przynajmniej te, które zapamiętałam z hiszpańskiej paelli mojej przyjaciółki. Na to danie nawet się nie porywam, ale krewetki w czosnku? To nie może być takie trudne. Niestety nadal tego nie wiem, w żadnej w trzech kucharskich książek, które posiadam nie było przepisu na jakiekolwiek danie z krewetek. Znalazłam za to, na drink Cosmopolitan. 

Kolacji tego dnia nie było.
Zamiast krewetek kupiłam nowe kieliszki, ale nadal byłam głodna.  

Nie zawsze dostaję, od życia to, czego chcę. Kiedyś dręczyłaby mnie myśl, dlaczego to spotyka właśnie mnie? Teraz wiem, że głupotą byłoby nie wykorzystywać niespodziewanych szans. 
Wiem też jaki drink będzie serwowany po moim urodzinowym obiedzie, a rosół nadal jest super.
Nie zawsze dostaję, od życia to, czego chcę,  zawsze to czego potrzebuję.